Bad Nenndorf, Ciechocinek Dolnej Saksonii, dobre miejsce na początek, jak każde inne BTW
Awantury i bzdury
Zgrzyty i rysy w rzeczywistości, ale to tylko dysonans poznawczy po przebudzeniu. O poszukiwaniu wolności i spokoju. Blog może zawierać reklamy, klikanie, polubienia i zakupy są wskazane, chyba, że wpadłeś tu przypadkiem i zamierzasz jak najszybciej o tym fakcie zapomnieć.
niedziela, 26 stycznia 2025
niedziela, 15 grudnia 2024
Achtung, zombie!
15 grudnia, niedziela.
Siedzę w pokoju starając się ignorować zapaszek konserwy i wydzielin mojego współlokatora. Wrócił dwa dni temu z dwutygodniowego urlopu w Polsce a już tak tęskni do żonki, że nie jest w stanie powstrzymać się od rękoczynu... Ale po kolei.Przybyłem do Bad Nenndorf 19 października, moja podróż z Fuldy trwała aż pięć dni ale nie musiałem się spieszyć, pięć noclegów w niemieckich lasach i zagajnikach, w hamaku, pięć dni na rowerze wśród malowniczych widoków Hesjii i Dolnej Saksonii. Wycieczka godna polecenia i warta by ją powtórzyć któregoś dnia. Dotarłem na miejsce nowego zakwaterowania w sobotę rano i skontaktowałem się z typem, do którego kontakt otrzymałem od rekrutera. Okazało się, że to z nim mam dzielić pokój. Pierwsze wrażenie masz szansę zrobić tylko raz i niestety facet z tej szansy nie skorzystał. Pokazał mi mieszkanie: łazienka z wanną i pralką, w kuchni dwie chłodziarko - zamrażarki zapełnione zapasami dla pięciorga mieszkańców lokalu na tydzień. Wszystkie szafki zagospodarowane, jakby ostatnie wolne łóżko stanowiło jedynie element dekoracyjny a prawdopodobieństwo zakwaterowania w mieszkaniu szóstej osoby było mniej prawdopodobne niż tygodniowy brak dostępu do zasobów najbliższego sklepu. Gospodarz zachowywał się tak, jakby oczekiwał, że po zapoznaniu się z warunkami ku jego uldze podziękuję i wyjdę aby zapoznać się z innymi opcjami zakwaterowania.
Rozpakowałem sakwy.
W poniedziałek zacząłem pracę a szkolenie praktyczne przypadło najbardziej doświadczonemu pracownikowi... Mojemu roommate-owi. Cóż, jako nauczyciel kariery by nie zrobił. To osobna, zabawna historia ale wymagająca omówienia wraz z technicznymi niuansami pracy komisjonera, ale innym razem, może. Dość na tym, że wciąż nieco zagubiony w topografii magazynu i z licznymi lukami w wiedzy, trzeciego dnia odmówiłem dalszego szkolenia i zaryzykowałem edukację kontynuować samodzielnie. I tak, w zasadzie bezproblemowo zasuwam w centrum logistycznym Kauflandu drugi miesiąc.
Zgodnie z dotychczasowymi przezabawnymi doświadczeniami w innych agencjach i w innych miejscach pracy spodziewałem się pewnych różnic pomiędzy tym co obiecał mi rekruter a stanem faktycznym, bez z zdziwienia odkryłem, że dieta za każdy przepracowany dzień nie jest doliczana do wypłaty ta zaś jak zwykle jest najniższą krajową. Zdziwiony? Absolutnie nie! Kawy darmowej nie ma, ubikacja śmierdzi jak w tanich liniach kolejowych i jest nie wiele większa, kiedy zaś sprzątaczka wykonuje tam swoją pracę (i jeszcze jakiś czas potem, bo podłoga musi wyschnąć) blokuje drzwi i trzeba za potrzebą jechać na drugi koniec magazynu... Jakieś pół kilometra... Nic to przynajmniej z kwatery do roboty jest blisko. Z powrotem jest tak samo tylko gorzej niestety, bo tam ten typ.
Pierwszego dnia oznajmił stanowczo co następuje: lubię spać przy otwartym oknie nawet zimą, lubię bardzo wcześnie wstawać. zgadnij teraz ile tym prawdy? Tak, poprawną odpowiedź brzmi: ani jedno słowo nie zgadza się z faktami. Mieszkałem z różnymi ludźmi, ale ten próbuje pobić wszelki rekordy. Moje chrapanie mu przeszkadza, sam zgrzyta zębami, chrapie, pierdzi, czka, beka i szczeka- ni to kaszle ni to chrząka na tle nerwowym, jak mówi, choć nikt nie pyta, że nabawił się tego w związku z rozwojem. Kiedy nie śpi a przespać potrafi cały weekend, serio, z przerwami na jedzenie i picie oraz telefony do różnych ludzi, zwłaszcza do nowej żony. Znów historia poznania, której nie potrzebowałem a poznałem lecz sobie daruję i nie przytoczę. Kilka razy dziennie dzwoni do kobiety żeby jej wyznać miłość, zapewnić o tęsknocie i obiecywać pieszczoty. Wzrusza się przy tym zwykle i często płacze, jakie to romantyczne..., trzeba być takim brzusznym i niermantycznym mizoginem jak ja, aby uznać te umizgi za poniżające i obrzydliwe. Mało? Dobra, masz: typ jest w stałym kontakcie z szefową z ramienia agencji. Strzela z ucha, aby była na bieżąco z nastrojami wśród pracowników. Nie wiem, może to wpływ TVN?
Przez te dwa tygodnie kiedy gościa nie było wypoczywałem jak na wakacjach, wierzyłem pokój, wróciłem do porannej rutyny obejmującej ćwiczenia fizyczne, coś tam rysowałem, pisałem a teraz znów jak domu wariatow, ani się skupić ani odizolować. Typ jak nie szczeka to gada przez telefon lub do mnie, telewizor gra non stop, TVN oczywiście... tydzień temu okazało się, że jakaś awaria hydrauliczna się wydarzyła na styku podłoga w moim pokoju - strop mieszkania poniżej. Fachowiec przybył, wstawił ustrojstwo do suszenia, chodzi to to głośno jak stara lodówka i przez dobę z powietrza i ściany wyciąga około dwóch litrów wody. Dwa do trzech tygodni, mówił majster, musi ustrojstwo chodzić z przerwami na ciszę nocną. Chyba facet się co mówi, jest fachowcem, to są Niemcy, na pewno ma na to papiery, wilgoć plus ciepło to pierwsze wymogi dla udanej hodowli grzybów. Na szczęście od powrotu współlokatora nie ma już konieczności opróżniania zbiornika na wodę i mamrotanie maszyny nie zakłóca zasłużonego wypoczynku, nie bedzie nam jakiś Niemiec mówił jak mamy żyć!
Dobra, wracam po robocie na kwaterę (koledzy z pracy mówią o powrocie do domu, mnie te słowa nie przechodzą przez gardło w naświetlonym powyżej kontekście), współlokator juz tam jest, przebieram się, idę do sklepu, robię sobie cos o zjedzenia i posilam się, jeżeli jest konieczność a łazienka wolna to robię pranie. Przez te dwie godziny słyszę kilka razy o planowym przez współlokatora gotowaniu obiadu, myciu itp ale zanim się zabierze do realizacji robi się ciemno. Talent do odwlekania na poziomie mistrzowskim!
Jeżeli wszystko co się przydarza w ciągu życia ma jakiś, może nawet na pierwszy rzut oka niedostrzegalny cel, jeżeli Opatrzność stawia na drodze takie nie inne osoby to także nie bez przyczyny. Czemu służą te próby?
Ano, tak sobie tłumacze ten zapyziały, półżywy dopust boży: masz, patrz co Cię czeka, jeśli sobie odpuścisz minimum dyscypliny, zatrzymaj się, ukontentuj się obecnym stanem i konserwuj go zamiast wykonać każdego dnia odrobinę wysiłku w kierunku zmiany na lepsze!
piątek, 13 grudnia 2024
Harem bez korzyści czyli zbiorowy gwałt zdalny
Tym razem opiszę w skrócie rozkoszne doznania jakich zaznałem po podjęciu pracy w Niemczech w magazynie sieci marketów Tegut, za pośrednictwem pewnej agencji ze Skawiny.
Miałem tam nad sobą cały tabun pracownic biurowych, żadna z nich nie potrafiła odpowiedzieć na proste pytania w rodzaju: czy wiedzą, skąd się biorą ich pensje? Kto wykonuje faktyczną pracę za którą niemiecki kontrahent płaci, przecież wypełnianie arkuszy w Excelu w żaden sposób nie generuje dla agencji przychodu? Czy w przypadku kiedy nie korzystam z agencyjnego zakwaterowania nie przysługuje mi jakiś ekwiwalent w ramach wdzięczności? Obietnica jednoosobowego pokoju, którą skusiła mnie rekruterka była jedyną atrakcją w ofercie. O kwaterze innym razem...
W agencji panuje taki zwyczaj, że człowiek przed wyjściem do roboty musi wysłać wiadomość do koordynatorki, w której informuje o swoim zamiarze podjęcia pracy. Wiadomość, którą panienka odczyta około godziny ósmej lub dziesiątej a prace zaczynasz o szóstej. Tłumaczy się ten obyczaj brakiem zaufania do elektronicznej ewidencji czasu pracy w Tegut. To dla dobra pracownika. Tłumaczę więc babie, że zgłoszenie gotowości do podjęcia pracy nie jest równoznaczne z jej podjęciem, trzeba jeszcze bez przygód te 20 kilometrów dojechać. Skoro jednak musisz człowieku meldować zamiar stawienia się w robocie jak codzień o szóstej lub 14.30 (zależnie od zmiany) to czemu nikt nie oczekuje od ciebie, iż dla własnego twojego dobra nie potrzebujesz meldować kiedy pracę zakończyłeś? Godziny rozpoczęcia pracy są stałe, natomiast koniec następuje wtedy, gdy kompletujesz ostatnie zamówienie pomiędzy 13 a 15 z minutami. Baba, nie rozumie o co mi chodzi!? W końcu oświadczyłem, że ten skecz przestał być zabawny i gdzieś po półtora miesiąca poinformowałem koordynatorkę, że mój obowiązek pracy wynika z grafiku a przede wszystkim z umowy, nie zostałem objęty dozorem kuratorskim więc nie będę się dalej meldował tylko po to by mogła uzasadnić swoją obecność w biurze (były jeszcze inne powody, dla których straciłem do panienek z agencji cierpliwość: złamanie zapisu w umowie o zapewnieniu kwatery, brak faktycznego wsparcia koordynatora w sprawach urzędowych i inne, które wyłuszczyłem panience potem). Wywiazała się w zwiazku z tym dość długa i jałowa wymiana wiadomości. W końcu baba dała sobie siana i poszła na L4. Zastąpiła ją inna, też niezdolna do sformułowania logicznych argumentów i bez pomysłów na wyjście z impasu. Potem dołączyła trzecia, minał miesiąc i żadnych rozwiazań, brak dobrej woli, zero pomysłów, a już po zerwaniu umowy i podjęciu przeze mnie pracy w innym miejscu odezwała się czwarta, najbardziej oczytana w paragrafach i ta przynajmniej znała się na robocie. Dotąd nie wiedziałem, że mam nad sobą tyle babsztyli na utrzymaniu!
Wrażenie jakie odniosłem po tej orce było takie samo jakie mam myśląc o moim nie istniejącym już Bogu dzięki małżeństwie: ty, chłopie idź do roboty, mów mi codziennie, że kochasz, kwiatki mi kupuj a ja się zatroszczę o NASZE pieniążki, które w zębach przyniesiesz a jeśli będziesz fikał to wiesz, kolejka chętnych na twoje miejsce jest praktycznie nieskończona.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)